NOTA OD TŁUMACZA

Wcześniej: ‚Kruki’ to dodatkowy rozdział opublikowany w Amerykańskim wydaniu Oka Świata dla młodzieży. Książka została podzielona na dwie części: ‚Z Dwóch Rzek’ i ‚Do Ugoru’.

Tekst nie zawiera spoilerów, przynajmniej tak uważał sam Jordan. Dlatego też rozdział ten został umieszczony na samym początku książki, jeszcze przed Prologiem: Góra Smoka.

Rozdział poprowadzony jest z punktu widzenia Egwene al’Vere, choć pojawiają się w nim również główni bohaterowie. Jest to odrębna historia, mająca miejsce około ośmiu lat przed wydarzeniami z książki. Ma na celu przybliżenie czytelnikowi głównych bohaterów i ukazanie środowiska w którym żyli i w którym się wychowywali.

Co do samego tłumaczenia. Ten dodatkowy rozdział, nie został do tej pory, i zapewne nigdy profesjonalnie nie zostanie, przetłumaczony na język polski. Jest to mój amatorski tekst, starałam się jednak aby był jak najwierniejszy oryginałowi. Podczas tłumaczenia zachowałam wszystkie specyficzne zwroty, charakterystyczne dla polskiego tłumaczenia.

Zapraszam serdecznie.- Amyrlin

 

∼ Kruki ∼

Robert Jordan

W tej odległości od Pola Emonda, niemalże w połowie drogi do Wodnego Lasu, gałęzie drzew zwieszały się tuż nad samym brzegiem Winnej Jagody. Przeważnie wierzby, których wiotkie gałązki pokryte liśćmi, sprawiały, że nad rzeką rozpościerał się zacieniony baldachim. Mimo iż lato było blisko, a słońce wspinało się już w kierunku zenitu, tutaj w cieniu, Egwene czuła na skórze chłodną bryzę.

Unosząc wełnianą spódnicę ponad kolana, weszła do rzeki aby napełnić swoje drewniane wiadro. Chłopcy z wioski zwyczajnie wchodzili do wody, nie dbając o to że ich proste spodnie zupełnie przemokną. Niektóre dziewczęta i chłopcy napełniali swoje wiadra i wśród śmiechu chlapali się wodą z drewnianych chochli. Jednak Egwene powoli wycofała się rzeki, rozkoszując się chłodnym prądem wody na swoich odkrytych nogach i piaskiem przesuwającym się pod jej nagimi stopami. Nie była tu dla zabawy. Od dziewiątej rano, pozwolono jej nosić wodę – pierwszy raz w życiu – a ona zamierzała zostać najlepszym roznosicielem wody, jaki kiedykolwiek żył w Dwóch Rzekach.

Wspinając się na brzeg, puściła spódnicę, pozwalając aby opadła aż do kostek. To samo zrobiła ze swoją ciemnozieloną chustą, którą wcześniej związała włosy. Chciałaby ściąć włosy do ramion, a nawet jeszcze krócej, tak jak wolno nosić chłopcom. W końcu nie będzie potrzebować długich włosów jeszcze przez kilka lat. Dlaczego trzeba robić coś tylko dlatego, że robiono tak od zawsze? Znała jednak swoją matkę i wiedziała że jej włosy pozostaną takie jakie są. W odległości jakiś stu kroków w dół rzeki ujrzała mężczyzn stojących po kolana w rzece. Kąpali owce o czarnych pyskach. Wszystkie te owce zostaną później ostrzyżone. Mężczyźni bardzo się starali aby beczące zwierzęta bezpiecznie weszły i wyszły z rzeki. Mimo iż nurt Winnej Jagody nie był tutaj tak bystry jak w Polu Emonda, woda wciąż była gwałtowna. Porwana przez prąd owca, mogłaby utonąć zanim zdołałaby dotrzeć do brzegu.

Duży czarny kruk przeleciał nad taflą wody i wylądował wysoko na brzozie rosnącej w pobliżu mężczyzn. Niemal natychmiast Czerwony Kardynałek ukryty w gałęziach zaczął  gniewnie pokrzykiwać na kruka. Szkarłatny błysk migotał pośród zielonych liści. Kardynałek musiał mieć gdzieś tutaj ukryte gniazdo. Zamiast odpowiedzieć na zaczepkę i zaatakować mniejszego ptaszka, kruk po prostu przeskoczył gdzie indziej i ukrył się wśród gałęzi. Znowu zaczął obserwować pracujących mężczyzn.

Kruki czasami niepokoiły owce, ale ignorowanie atakującego go Kardynałka było więcej niż niezwykłe. Co więcej, Egwene miała niepokojące wrażenie, że czarny ptak obserwuje ludzi, a nie owce. To było głupie, wiedziała o tym, a jednak… Nieraz słyszała, jak ludzie mówili że kruki i wrony to Oczy Czarnego. Ta myśl sprawiła, że na jej ramionach, a nawet plecach pojawiła się gęsia skórka. To był głupi pomysł. Czego Czarny mógłby szukać w Dwóch Rzekach? Tutaj nigdy nic się nie działo.

– O co chodzi Egwene? – zapytał Kenley Ahan, zatrzymując się tuż obok niej – Nie wolno Ci bawić się razem z dziećmi.

Dwa lata starszy od niej, trzymał się dumnie wyprostowany, jakby chciał wyglądać na wyższego niż był w rzeczywistości. To był jego ostatni rok noszenia wody podczas strzyżenia i zachowywał się tak, jakby to dodawało mu jakiegoś autorytetu.

Wymownie spojrzała mu w oczy, ale chyba nie odniosło to zamierzonego skutku. Jego szeroka twarz, wykrzywiła się grymasie zdziwienia.

– Jeśli czujesz się chora, idź do Wiedzącej. Jeśli nie… cóż… lepiej wróć do pracy.

Kiwnął głową, jakby właśnie rozwiązał problem i pośpieszył dalej, odgrywając wielkie przedstawienie, niosąc wiadro jedną ręką, z dala od swojego boku. Długo go tak nie utrzyma, zaledwie tyle żeby mi zniknąć z widoku – pomyślała kwaśno. Będzie musiała jeszcze popracować nad tym spojrzeniem. Obserwowała je często u starszych dziewcząt.

Zawiesiła rączkę drewnianego czerpaka na wiadrze i uniosła je obiema rękami. Było ciężkie, a ona była niewielka jak na swój wiek, ale pospieszyła za Kenleyem, tak szybko jak mogła. Jednak nie z powodu tego co jej powiedział. Miała pracę do wykonania, a zamierzała zostać najlepszym noszącym wodę w historii. Twarz jej zamarła w determinacji. Ściółka z zeszłorocznych, suchych liści zaszeleściła pod jej stopami, gdy mijała zacieniony brzeg rzeki. Wyszła na słońce. Było dość ciepło, a kilka niewielkich, białych chmurek wysoko na niebie zdawało się podkreślać jasność poranka.

Łąka Wdowy Aynal – swoją nazwę otrzymała już tak dawno temu, że nikt już tego nie pamiętał, nikt również nie wiedział po której właściwie wdowie Aynal otrzymała swoją nazwę. Otoczona pierścieniem drzew, przez większość roku stała opuszczona. Teraz ludzie i owce tłoczyli się wszyscy razem, ze znaczną przewagą owiec. Duże kamienie, wielkości dorosłego mężczyzny, rozrzucone po całej łące nie przeszkadzały w gorliwej aktywności. Zgromadzili się tutaj wszyscy farmerzy z okolicy Pola Emonda, a reszta ludzi przyszła aby im pomóc. Każda osoba w wiosce miała krewnych lub rodzinę na farmach.

Strzyżenie będzie przeprowadzane w całych Dwóch Rzekach, od Daven Ride aż po Wzgórze Czat. Choć oczywiście nie w Tarren Ferry. Wiele kobiet nosiło szale udrapowane na ramionach i kwiaty wplecione we włosy, dla formalności, robiły to również niektóre dziewczęta, mimo że ich włosy nie były jeszcze zaplecione w długi warkocz. Niektóre ubrały nawet strojne suknie, z haftami wokół dekoltu, tak jakby rzeczywiście to był świąteczny dzień.

Mężczyźni wręcz przeciwnie, większość z nich nie nosiła płaszczów, a niektórzy nawet rozsznurowywali swoje koszule. Egwene nie rozumiała, dlaczego tak robią. Praca kobiet nie była ‘chłodniejsza’ niż ich. W dużych, drewnianych zagrodach ustawionych na drugim końcu łąki trzymano owce które już zostały ostrzyżone, w pozostałych trzymano te które wciąż czekały na mycie, wszystkie czujnie pilnowane przez dwunastoletnich i starszych chłopców. Psy pasterskie kręciły się wokół zagród, nie mając nic konkretnego do roboty. Grupy starszych chłopców, używając drewnianych lasek, zaganiali stadka owiec ku rzece. Inni zmuszali te już wykąpane, choć wciąż mokre, do ciągłego ruchu, aby nie położyły się na ziemi i nie pobrudziły. Musiały wysuszyły sierść przed obcinką. Później chłopcy zaganiali je w kierunku tego końca łąki, gdzie grupa mężczyzn strzygła owce. Kiedy owce zostaną już ostrzyżone, chłopcy spędzą je znowu do zagród.

Jeszcze inni znosili runo w kierunku stołów, przy których kobiety sortowały wełnę i składały ją do belowania. Musiały być ostrożne podczas etykietowania wełny, tak aby się nie pomieszała. Wzdłuż linii drzew, po lewej stronie Egwene, kobiety zaczynały wykładać potrawy na długich, krzyżakowych stołach. Jeśli będzie wystarczająco dobra w noszeniu wody, być może pozwolą jej pomagać przy jedzeniu, albo przy wełnie, może nawet już w przyszłym roku. A może dopiero za dwa lata? Wtedy nikt już nie będzie mógł nazywać jej dzieckiem. Zaczęła przeciskać się przez tłum, niosąc wiadro w obu rękach, lub przekładając je z jednej ręki do drugiej, zatrzymując się przy każdym, kto chciał się napić. Wkrótce znowu zaczęła się pocić, a na jej wełnianej sukni pojawiły się ciemne plamy. Może chłopcy, noszący rozsznurowane koszule nie byli takimi głupcami. Starała się ignorować młodsze dzieci, biegające wszędzie dookoła i toczące drewniane obręcze.

Tylko pięć razy do roku w jednym miejscu zbierało się aż tylu ludzi: podczas Bel Tine, które mieli już za sobą, podczas strzyżenia, gdy kupcy przybywali kupować wełnę, co nastąpi dopiero za miesiąc, gdy kupcy przyjadą po ususzony już tytoń i podczas Dnia Głupca, jesienią. Były oczywiście jeszcze inne święta, ale podczas żadnego z nich nie gromadziło się razem tylu ludzi. Jej wzrok nieustannie przeczesywał tłum. Wśród tylu ludzi łatwo byłoby wpaść na którąś z jej czterech sióstr. Zawsze starała się ich unikać najlepiej jak mogła.

Berowyn, najstarsza z nich, była najgorsza. Została wdową, gdy ostatniej jesieni jej rodzina zapadła na Gorączkę, a wiosną przeprowadziła się z powrotem do domu. Trudno było nie żałować Berowyn, ale wprawiała ją w zamieszanie. Cały czas chciała ją ubierać i czesać. Zdarzało się jej płakać i mówiła wtedy do Egwene, jaka jest szczęśliwa że Gorączka nie zabrała również jej młodszej siostry. Jej uczucia względem Berowyn byłyby prostsze, gdyby Egwene przestała odnosić wrażenie, że Berowyn czasami widzi w niej jej maleńką, zmarłą córkę. Utraciła ją jednocześnie z mężem. Jednak… Ona tylko rozglądała się z Berowyn. Albo za którąś z pozostałych. To wszystko.

Zatrzymała się w pobliżu jednej z zagród, aby otrzeć pot z czoła. Jej wiadro było teraz lżejsze, nie miała już problemów z trzymaniem go jedną ręką. Uważnie obserwowała kręcącego się w pobliżu psa. Stał w pobliżu zagrody. To było duże zwierzę, o gęstym, kędzierzawym, szarym futrze i inteligentnych oczach. Te oczy zdawały się rozumieć, że ona nie stanowi zagrożenia dla owiec. Mimo wszystko, to było ogromne zwierzę, dorastało niemalże do pasa dorosłego mężczyzny. To głównie psy pomagały chronić stada, gdy te przebywały na pastwiskach. Strzegły owiec przed wilkami, niedźwiedziami i wielkimi kotami górskimi. Ostrożnie odsunęła się od psa. Minęło ją trzech chłopców zaganiając kilkadziesiąt owiec w kierunku rzeki. Wszyscy dobre pięć, sześć lat starsi od niej, ledwo na nią spojrzeli, skupieni tylko na zwierzętach.

Prowadzenie owiec było wystarczająco łatwe – sama mogłaby to robić, była tego pewna – jednak trzeba było uważać, aby żadna z owiec nie jadła trawy. Jeśli owca zje przez strzyżeniem, podczas cięcia może dostać duszności i umrzeć. Szybkie spojrzenie dookoła powiedziało jej że w pobliżu nie ma nikogo, z kim chciałaby rozmawiać. Nie, żeby szukała konkretnego chłopca do rozmowy, oczywiście. Po prostu się rozglądała. W każdym razie… jej wiadro niedługo trzeba będzie ponownie napełnić. Już czas aby powoli kierować się w kierunku Winnej Jagody. Tym razem zdecydowała się na drogę wzdłuż stołów z jedzeniem.

Zapachy były zachwycające, tak dobre jak podczas dowolnego święta, znajdowało się tu wszystko, od pieczonych gęsi po ciastka z miodem. Aromat ciastek miodowych wypełnił jej nos mocniej niż cała reszta. Każda kobieta która piekła dla innych, starała się bardziej niż zwykle. Podeszła do stołu, aby zaproponować wodę kobietom wydającym jedzenie, ale one tylko uśmiechały się do niej i kiwały głowami. Szła dalej wzdłuż stołów, nie tylko z powodu tych zapachów. Kobiety miały dostępną wrzącą wodę na herbatę, zagotowaną przy ogniu za stołami, ale może ktoś miał ochotę na chłodną wodę z rzeki. Cóż, może już nie taką chłodną, ale wciąż…

Tuż przed sobą zauważyła Kenleya garbiącego się nad jednym ze stołów, już nie próbował wyglądać na wyższego. Jeśli już, to starał się być mniejszy niż w rzeczywistości. W jednej ręce nadal trzymał swoje wiadro, ale było puste, więc nie mógł zaofiarować nikomu wody. Egwene zmarszczyła brwi. Przyczajony, to było jedyne słowo aby opisać to co właśnie robił. Zaraz, co on…? Niespodziewanie jego ręka wyskoczyła do przodu i porwała jedno z miodowych ciasteczek. Usta Egwene otworzyły się z oburzenia. I on miał czelność mówić do niej jak do dziecka? Był równie zły co Ewin Finngar!

Jednak zanim Kenleyowi udało się zrobić drugi krok, drogę zastawiła mu, niczym polujący sokół, pani Ayellin. Jedną ręką chwyciła jego ucho, a drugą, rękę z ciastkiem. To były jej miodowe ciastka. Smukła kobieta o grubym szarym warkoszu, zwisającym aż do bioder. Corin Ayellin piekła najlepsze słodycze w całym Polu Emonda. Poza jej matką, oczywiście, lojalnie dodała w myślach Egwene. Ale nawet jej matka mówiła, że pani Ayellin była od niej lepsza. Przynajmniej przy słodyczach.

Pani Ayellin mogła rozdawać wszystkim chrupiące ciastka i placki, dopóki nie nadszedł czas na główny posiłek, ale nie miała cierpliwości do chłopców którzy próbowali podkradać słodycze za jej plecami. Albo do kogokolwiek innego. Kradzież, tak to się nazywało, a pani Ayellin nie tolerowała kradzieży. Wciąż potrząsała uchem Kenleya, wskazując na niego palcem i mówiąc coś do niego cicho. Twarz Kenleya była wykrzywiona, jakby zaraz miał się rozpłakać, a on sam skurczył się w sobie i teraz już wyglądał na mniejszego od Egwene. Uśmiechnęła się z satysfakcją. Nie sądziła aby odważył się komukolwiek wydawać polecenia w najbliższym czasie.

Ruszyła dalej wzdłuż stołów, mijając panią Ayellin i Kenleya, jej nikt nie mógłby podejrzewać o próbę podebrania słodyczy. Ta myśl nigdy nie pojawiła się w jej głowie. Nie na poważnie, w każdym razie. Nagle nachyliła się do przodu, spoglądając na ludzi kłębiących się tuż przed nią. Tak. To Perrin Aybara, duży chłopak, wyższy niż większość chłopców w jego wieku. I był przyjacielem Randa. Przedzierała się przez tłum, nie zważając czy ktoś akurat nie chce wody, nie zatrzymując się, dopóki od Perrina nie dzieliła jej odległość zaledwie kilku kroków. Był z rodzicami, jego matka trzymała na biodrze Paetrama, a mała Deselle trzymała się jej spódnicy. Siostra Perrina rozglądała się z zainteresowaniem po tłumie.

Adora, druga siostra Perrina, stała ze skrzyżowanymi ramionami i ponurym wyrazem twarzy, starała się schować przed wzrokiem matki. Adora nie musi nosić wody jeszcze do przyszłego roku i prawdopodobnie wolałaby pobawić się ze swoimi przyjaciółmi. Ostatnią osobą w niewielkiej grupie, był Mistrz Luhhan. Najwyższy mężczyzna w Polu Emonda, z ramionami jak pnie drzew i szeroką klatką piersiową, na której opinała się biała koszula. Przy nim nawet pan Aybara wyglądał na drobnego i wątłego.

Rozmawiał z panią i panem Aybarą, co zdziwiło Egwene. Mistrz Luhhan był kowalem w polu Emonda, ale przecież ani pani Aybara ani jej mąż nie przyprowadzili tutaj całej rodziny aby wypytywać o kowalstwo. Pan Luhhan należał również do Rady Wioski, ale to też się nie zgadzało. Poza tym, zarówno pani Aybara nie będzie się wtrącać w sprawy Rady wioski, jak i pan Luhhan w sprawy Koła Kobiet. Egwene mogła mieć dopiero dziewięć lat, ale dobrze o tym wiedziała. O czymkolwiek rozmawiali, właśnie kończyli – i dobrze. Wcale nie dbała o to o czym mówili.

– To dobry chłopak, Joslyn – powiedział pan Luhhan – Dobry chłopak, Con. Poradzi sobie.

Pani Aybara uśmiechała się ze współczuciem. Joslyn Aybara była ładną kobietą, a gdy się uśmiechała, wydawało się, że słońce mogłoby się schować za chmurami. Ojciec Perrina roześmiał się cicho i potargał mu włosy. Perrin zaczerwienił się, ale nic nie powiedział. Był nieśmiały i zwykle niewiele się odzywał.

– Spraw, że polecę, Perrin – poprosiła Deselle, unosząc w jego kierunku ręce – Spraw, że polecę

Perrin rzucił dorosłym grzeczne spojrzenie i wziął siostrę na ręce. Zaczął się kręcić szybciej i szybciej, aż nogi Deselle unosiły się wysoko w powietrzu. Wirował coraz szybciej, a dziewczynka zanosiła się perlistym śmiechem. Po paru minutach pani Aybara powiedziała

– Wystarczy już Perrin. Postaw ją zanim się rozchoruje – ale mówiła to z uśmiechem na twarzy. Gdy stopy Deselle znowu dotknęły ziemi, kurczowo złapała się dłoni Perrina, oszołomiona, ale chyba jeszcze się nie pochorowała. W każdym razie nadal się zaśmiewała, żądając dalszych obrotów. Potrząsnął głową i zaczął jej coś cicho tłumaczyć. Zawsze był taki poważy, rzadko kiedy się śmiał. Nagle Egwene zdała sobie sprawę że ktoś jeszcze obserwuje Perrina. Cilia Cole, o zaróżowionych policzkach, parę lat starsza od Egwene, stała zaledwie kilka kroków dalej, wpatrując się w niego z głupawym uśmiechem na twarzy. Wystarczyłoby aby odwrócił głowę i by ją zobaczył.

Egwene skrzywiła się z niesmakiem. Nigdy nie będzie taka głupia, żeby robić cielęce oczy do chłopaka, jak jakiś wełnianogłowy. W każdym razie, Perrin nie był nawet rok starszy od Cilii. Trzy lub cztery lata są lepsze. Siostry Egwene mogły nie mieć czasu na rozmowę z nią, ale ona wystarczająco często słuchała innych dziewcząt, aby wiedzieć. Niektóre mówiły że więcej, ale większość utrzymywała, że trzy lub cztery. Perrin rzucił spojrzeniem na Egwene, potem na Cillie i wrócił do cichej rozmowy z Deselle. Egwene potrząsnęła głową. Może Cilia była głuptasem, ale powinien zwrócić na nią uwagę.

Ruch w gałęziach wielkiego wodnego dębu za plecami Cilii przyciągnął jej uwagę. Siedział tam kruk i patrzył na łąkę. Dostrzegła też drugiego, na wysokiej sośnie, i jeszcze jeden, na białym orzechu i … Dziewięć lub dziesięć kruków, tyle mogła dostrzec ze swojego miejsca i wszystkie wydawały się obserwować. To tylko jej wyobraźnia. Tylko to.

– Dlaczego się na niego gapiłaś? – zaskoczona Egwene aż podskoczyła, uderzając się kolanem w wiadro. Dobrze że było prawie puste, mogła się skaleczyć. Uniosła kolano aby je rozmasować. Adora patrzyła na nią z zakłopotaną miną, nie mogła być jednak zdziwiona bardziej niż sama Egwene.

– O czym ty mówisz, Adora?

– O Perrinie, oczywiście. Dlaczego wgapiałaś się w niego? Wszyscy mówią, że masz poślubić Randa al’Thora. Kiedy będziesz starsza, oczywiście, i będziesz splatać włosy.

– Co masz na myśli mówiąc – wszyscy?  – Egwene zapytała groźnie, ale Adora tylko zachichotała. To było irytujące. Dzisiaj nic nie działo się tak jak powinno.

– Perrin jest ładny, oczywiście. Przynajmniej tak słyszałam od różnych dziewczyn. I mnóstwo dziewczyn patrzy na niego tak jak ty i Cilia – Egwene zamrugała i wyrzuciła ten obraz z głowy. Nie wpatrywała się w niego, tak jak Cilia. Ale Perrin ładny? Perrin? Obejrzała się przez ramię aby zobaczyć co takiego ładnego można w nim znaleźć, ale jego już nie było. Poszedł sobie! Jego ojciec nadal tam był i jego matka, wraz z Paetramem i Deselle, ale Perrina nigdzie nie było. Niech to! Miała iść za nim!

– Nie jesteś samotna bez swoich lalek, Adora? – powiedziała słodko – Nie wydaje mi się abyś była w stanie opuścić swój dom, nie zabierając przynajmniej dwóch.

Widok Adory z otwartymi z oburzenia ustami był całkiem satysfakcjonujący.

– Przepraszam – dodała, mijając ją – niektórzy z nas są wystarczająco dorośli, aby mieć pracę do zrobienia.

Starała się nie utykać, na drodze do rzeki. Tym razem nie zatrzymała się aby popatrzeć na mężczyzn myjących owce. I bardzo starannie unikała poszukiwań kruka. Sprawdziła kolano, ale wydawało się nie uszkodzone. Dźwigając napełnione wiadro wróciła z powrotem na łąkę, starając się nie kuśtykać. Będzie miała niewielkiego guza. Rozglądała się za siostrami, zatrzymując się tylko wtedy gdy ktoś chciał chochlę wody. I za Perrinem. Mat byłby równie dobry, co Perrin, ale jego również nie widziała. Adora! Nie miała prawa opowiadać takich rzeczy!

Idąc wzdłuż stołów gdzie kobiety sortowały wełnę, Egwene znieruchomiała, wpatrując się w swoją najmłodszą siostrę. Zamarła, mając nadzieję, ze Loise popatrzy w inną stronę, choć na chwilę. To właśnie otrzymała za to że starała się odszukać Perrina i Mata. Loise miała zaledwie piętnaście lat, ale to nie przeszkadzało jej wpatrywać się w Daga Coplina z surowym wyrazem twarzy i z rękami na biodrach. Egwene nigdy nie potrafiła się zmusić aby nazywać go Panem Coplinem. Tak było niegrzecznie, a matka zawsze powtarzała aby być uprzejmym, nawet w stosunku do kogoś takiego jak Dag Coplin. Dag był pomarszczonym starcem o posiwiałych włosach, które rzadko kiedy mył. A może nigdy. Tabliczka na stole głosiła że wełna pochodzi od jego owiec.

– To dobra wełna, ta którą odkładasz na bok – warknął na Loise – Nie będę oszukiwany na własnym strzyżeniu, dziewczyno. Odsuń się na bok, to pokażę Ci jak to się robi – Loise nie drgnęła ani o cal.

– Wełnę z brzuchów, tylnych nóg i ogonów trzeba ponownie myć, Panie Coplin – położyła nacisk na słowo ‘Pan’ – wie Pan równie dobrze jak ja, że jeśli kupcy znajdą w jednej beli dwukrotnie wypłukaną wełnę, będą chcieli mniej zapłacić. Może mój ojciec lepiej to Panu wytłumaczy.

Dag podrapał się po brodzie i zamruczał coś pod nosem. Najlepiej wiedział, żeby nie zaczynać z ojcem Egwene.

– Jestem pewna, że moja matka również może to wytłumaczyć, tak żeby Pan zrozumiał – dodała beztrosko Loise. Policzek Daga zadrżał i posłał jej zbolały uśmiech. Mrucząc, że ufa Loise że wie co robi, wycofał się i pośpiesznie odszedł. Nie był na tyle głupi, aby przyciągać uwagę Koła Kobiet. Loise patrzyła za nim z wyraźnym zadowoleniem. Egwene skorzystała z okazji i szybko odeszła, ciesząc się że jednak nie przyciągnęła uwagi Loise.

Jej siostra mogła sortować wełnę, albo pomagać przy gotowaniu, jednak wolałaby wspinać się po drzewach lub pływać w sadzawkach w Wodnym Lesie. Nawet jeśli większość dziewcząt w jej wieku już dawno zrezygnowała z takich zajęć. I mogłaby wyładować swoją frustrację na Egwene. Egwene przecież mogłaby pójść popływać razem z nią, jednak Loise uważała jej towarzystwo za uciążliwe. A  Egwene była zbyt dumna żeby zapytać, dlaczego.

Skuliła się. Wszystkie jej siostry traktowały ją jak dziecko. Nawet Alene, choć ona tylko wtedy gdy ją w ogóle zauważała. Przez większość czasu Alene trzymała nos w książce, czytając raz po raz wszystkie książki z biblioteki ojca. Miał ich niemalże czterdzieści! Ulubioną Egwene były Podróże Jaina Farstridera. Marzyła o tym aby kiedyś zobaczyć wszystkie te dalekie, dziwne kraje o których pisał. Ale kiedy ona czytała jakąś książkę, a Alene rówież chciała ją przeczytać, po prostu ją jej zabierała twierdząc, że jest dla niej zbyt ‘skomplikowana’.

A niech was wszystkie cztery! Zobaczyła że niektórzy noszący wodę odpoczywają, siedząc w cieniu i żartując. Ona jednak nie zatrzymywała się, mimo że ramiona ją już bolały. Egwene al’Vere nie zamierzała zwalniać. Wciąż rozglądała się za swoimi siostrami. A także Matem. I Perrinem. A niech Cię, Adora. I Wy wszystkie! Zatrzymała się jednak gdy zauważyła Wiedzącą. Doral Barran była najstarszą kobietą w Polu Emonda, a może i w całych Dwóch Rzekach, białowłosa i wątła, jednak wciąż wyprostowana jak struna i o bystrym spojrzeniu. Uczennica Wiedzącej, Nynaeve, klęczała na ziemi, zwrócona plecami w stronę Egwene. Podtrzymywała Biliego Congara i bandażowała jego nogę. Bili siedział na kłodzie. To był kolejny dorosły, któremu Egwene z trudem okazywała szacunek. Zawsze robił głupie rzeczy i robił sobie krzywdę. Był w wieku Pana Luhhana, ale wyglądał na dziesięć lat starszego. Jego oczy i twarz były suche i zapadnięte.

– Grywałeś w głupca wystarczająco często w przeszłości, Billi Congarze – mówiła Pani Barran surowo – by wiedzieć, że picie alkoholu i strzyżenie owiec, jest jeszcze gorsze niż gra w głupca.

Dziwne, ale patrzyła przy tym na Nynaeve, a nie na Billa.

– Miałem tylko trochę ale, Wiedząca – jęknął – To z powodu upału. Potknąłem się.

Wiedząca sarknęła z niedowierzaniem, ale nadal obserwowała Nynaeve niczym jastrząb. To było zaskakujące. Pani Barran często publicznie chwaliła Nynaeve za szybkie postępy w nauce. Zaczęła uczyć Nynaeve trzy lata wcześniej, gdy jej poprzednia uczennica umarła na chorobę, której Pani Barran nie była wstanie wyleczyć. Nynaeve była pół sierotą i wiele osób uważało, że Wiedząca po śmierci jej matki powinna była odesłać ją do krewnych, a na uczennicę przyjąć kogoś starszego. Matka Egwene nigdy tego nie mówiła, ale ona wiedziała, że również tak myślała.

Nynaeve skończyła bandażować i powstała z kolan, z satysfakcją kiwając głową. Ku zaskoczeniu Egwene, pani Barran uklękła i odwinęła bandaż, a nawet uniosła okład zrobiony z chleba. Dokładnie oglądnęła ranę na udzie Biliego i ponownie zawinęła opatrunek wokół nogi. Naprawdę wyglądała na… rozczarowaną. Ale dlaczego? Nynaeve zaczęła szarpać za swój warkocz, jak to działo się zawsze gdy była zdenerwowana, albo gdy próbowała zwrócić uwagę na fakt że jest już dorosła.

Kiedy ona z tego wyrośnie? Zastanawiała się Egwene. Minął już niemal rok, odkąd Koło Kobiet pozwoliło Nynaeve zapleść warkocz. Trzepot skrzydeł przyciągnął uwagę Egwene. Jeszcze więcej kruków obsiadło drzewa wokół łąki. Dziesiątki kruków. I wszystkie obserwowały. Wiedziała że tak jest. Żaden nie próbował porwać niczego ze stołu z jedzeniem. To było po prostu nienaturalne. Ptaki nawet nie patrzyły na stoły zastawione jedzeniem, ani na stoły gdzie kobiety sortowały wełnę. Patrzyły na chłopców pędzących owce. A także na mężczyzn strzygących owce i noszących wełnę. I na chłopców noszących wodę również. Nie na dziewczynki, ani nie na kobiety, tylko mężczyźni i chłopcy. Mogłaby się założyć, że jej matka powiedziałaby, aby się tym nie przejmować. Już otworzyła usta, aby zapytać Wiedzącej, co to oznacza.

– Nie masz nic do roboty, Egwene? – zapytała Nynaeve, nawet nie odwracając głowy. Egwene mimowolnie podskoczyła. Zaczęła robić to od ostatniej jesieni – wiedziała gdzie jest Egwene, nawet bez patrzenia – a ona chciałaby aby przestała się tak zachowywać. Nynaeve odwróciła głowę i spojrzała na nią przez ramię. To było właśnie to spojrzenie które Egwene chciała wypróbować na Kenlym. Nie musiała podskakiwać dla Nynaeve, tak jak robiłaby to dla Wiedzącej. Ona po prostu chciała wynagrodzić sobie to, że pani Barran powątpiewa w jej zdolności. Egwene pomyślała, że mogłaby powiedzieć że pani Ayellin chce porozmawiać z nią o cieście. Ale drugie spojrzenie w twarz Nynaeve, utwierdziło ją w przekonaniu, że nie jest to dobry pomysł. Zresztą, właśnie robiła to co obiecała sobie nie robić, ociągała się i zwlekała obserwując Nynaeve i Wiedzącą.

Kłaniając się tak nisko jak tylko pozwoliło jej na to wiadro – Wiedzącej, nie Nynaeve – wycofała się szybko. Nie podskakiwała, na pewno nie dlatego że Nynaeve patrzyła. Na pewno nie. I nie śpieszyła się wcale. Po prostu szła – szybko – wracając do pracy. Mimo to, szła dość szybko i nagle znów znalazła się przy stołach, gdzie kobiety pracowały z wełną. Twarzą w twarz ze swoją siostrą Elisą. Elisa zwijała runo w bale i robiła to źle. Wyglądała na rozproszoną, ledwo zauważając Egwene, ona jednak wiedziała dlaczego.

Elisa miała osiemnaście lat, a jej włosy wciąż luźno zwisały do pasa, przewiązane jedynie niebieską chustką. Nie to, że myślała o poślubieniu kogokolwiek – większość dziewcząt czekała z tym przynajmniej parę lat – ale ona była o rok starsza od Nynaeve. Elisa często głośno zastanawiała się, dlaczego Koło Kobiet nadal uważa ją za zbyt młodą. Trudno było nie poczuć do niej sympatii. Zwłaszcza że Egwene od tygodni martwiła się kłopotliwym położeniem Elisy. Cóż, może nie konkretnie jej problemem, ale zastanawiała się nad tym. Po drugiej stronie stołu, Calle Coplin rozmawiała z jakimś młodym mężczyzną z farm, chichcząc i skręcając w palcach spódnicę. Ona zawsze rozmawiała z jakimś mężczyzną. Ona już powinna zaplatać warkocz.

– Eliso, nie powinnaś się tak martwić – powiedziała łagodnie – może Berowyn i Alene dostały pozwolenie na zaplatanie włosów w wieku szesnastu lat…

Większość dziewczyn dostała, dodała w myślach. Czuła nie tylko współczucie do siostry. Elisa miała swoje powiedzenia „Godzina zmarnowana, nigdy nie zostanie odnaleziona” albo „Uśmiech czyni pracę lżejszą”, aż zęby zaczynały boleć od tego gadania. Egwene dobrze wiedziała, że uśmiech nie sprawi, że jej wiadro będzie choć o jedną chochlę lżejsze.

– … ale Calle ma dwadzieścia lat, a jej dzień imienia przyjdzie za parę miesięcy. I jej włosy również nie są splecione. Jednak nie chodzi taka osowiała.

Dłonie Elise wciąż przeczesywały wełnę. Z jakiś powodów, kobiety po obu stronach stołu przyłożyły dłonie do ust, aby ukryć śmiech. Z jakiegoś powodu twarz Elisy pokrył czerwony rumieniec. Bardzo jaskrawy rumieniec.

– Dzieci nie powinny… – Elisa wybełkotała. Jej twarz była gorąca jak słońce, ale bełkoczący głos był zimy jak śnieg w środku zimy.

– Dziecko, które mówi kiedy… Dzieci które… – Jillie Lewin, młodsza od Elisy, której gruby, czarny warkocz zwisał poniżej talii, roześmiała się tak mocno, że aż uklękła.

– Odejdź, dzieciaku! – wypluła z siebie Elise – Dorośli starają się tu pracować.

Egwene odwróciła się z oburzeniem i odmaszerowała od stołów, wiadro obijało się o jej nogę przy każdym kroku. Spróbuj komuś pomóc, podnieść kogoś na duchu i co otrzymujesz w zamian? ‘Powinnam jej powiedzieć, że wcale nie jest dorosła’ pomyślała wojowniczo ‘Dopóki Koło nie pozwoli jej zaplatać włosów. Powinnam to powiedzieć’.

Pozostała w buntowniczym nastroju aż jej wiadro ponownie prawie się opróżniło. Jeśli zamierzasz coś zrobić, zrób to. Kierując się w stronę zagród, szła jak najszybciej, ignorując wszystkich, proszących o wodę. To się nie liczyło. Chłopcy również potrzebowali wody. Przy zagrodach stało kilkunastu chłopców czekających na owce, wydawali się zdziwieni, kiedy proponowała im wodę. Odpowiadali, że mogą się napić sami jak tylko pójdą nad rzekę z owcami. Jednak ona nie przestawała. I ciągle zadawała to samo pytanie:

– Widziałeś Perrina? Albo Mata? Gdzie można ich znaleźć? – niektórzy twierdzili że Perrin i Mat zaganiają owce nad rzeką, inni że widzieli jak ta para zajmuje się owcami, które już zostały ostrzyżone. Nie miała jednak zamiaru wyruszać w drogę, dopóki się nie upewni że naprawdę tam są. W końcu chłopiec o wielkich oczach, Wil al’Seen, z farmy na południe od Pola Emonda przyjrzał się jej uważnie.

– A ty dlaczego ich szukasz, czego od nich chcesz? – niektóre dziewczyny mówiły, że Will jest piękny, ale Egwene uważała że jego uszy są śmieszne. Zamierzała posłać mu jedno z ‘tych’ spojrzeń, ale po zastanowieniu stwierdziła, że tego nie zrobi.

– Ja… muszę ich o coś zapytać – powiedziała tylko. To było tylko malutkie kłamstewko. Naprawdę miała nadzieję, że jeden z nich da jej odpowiedzi. Nic nie mówił przez dłuższy czas, wpatrując się w nią, a ona cierpliwie czekała. ‘Cierpliwość zawsze się odwdzięczy’ jak często mawiała Elisa. Aż nazbyt często. Pragnęła już zapomnieć o mądrościach Elisy. Ale kopnięcie Willa w kostkę nie sprawi że otrzyma odpowiedź. Nawet jeśli na to zasłużył.

– Są za tą odległą zagrodą – powiedział w końcu, wskazując głową w stronę wschodniej części łąki – tej w której są owce, które mają w uszach znaczniki Paeta al’Caara – Chłopcy wypasający owce musieli mówić w ten sposób. Nawet jeśli nie byłaby to prawda, albo nikt by nie wiedział czy mówią o owcach Paeta al’Caara, Jaca al’Caara czy też owcach należących do jednego z kilkunastu innych klanów al’Caarów.

– Właśnie odpoczywają, tak myślę. Teraz, pójdziesz do nich nie wypytując już nikogo więcej.

– Dziękuję Ci, Wil – powiedziała tylko po to, aby pokazać, że potrafi być uprzejma, nawet dla wełnianogłowych. Wyglądał na zaskoczonego i od razu ponownie pomyślała o kopnięciu go w kostkę.

Wielka zagroda z owcami Paeta al’Caara sięgała niemalże linii drzew. Wielki czarny pies pasterski należący do Pana al’Caara uniósł łeb i obserwował Egwene gdy ta go mijała. Spojrzała na niego ostrożnie. Bardzo nie lubiła psów, a one również zdawały się o nią nie dbać. Wszystkie myśli o psie wyparowały jednak z jej głowy, gdy tylko zbliżyła się wystarczająco blisko by wszystko zobaczyć wyraźnie. Za drewnianymi balustradami zagrody niewiele dało się ukryć i dostrzegła tam grupę chłopców. Nie widziała jednak kim dokładnie są.

Ostrożnie postawiła swoje wiadro i powędrowała wzdłuż zagrody. Wcale się nie podkradała. Po prostu nie chciała robić hałasu, tak na wszelki wypadek… Nagły hałas mógłby wywołać szok u owiec, to było to. Gdy doszła do narożnika zagrody, ostrożnie wyjrzała na drugą stronę. Był tam Perrin i Mat Cauthon, tak jak mówił Wil, a także inni chłopcy w ich wieku. Wszyscy w rozsznurowanych, przepoconych koszulach. Był tam również Dav Ayellin i Lem Thane, Ban Crawe i Elam Dowtry. I Rand też. Chudy chłopak, niemalże tak wysoki jak Perrin, z dłońmi i stopami, które zdawały się za duże jak na jego rozmiary. On zawsze odnajdywał się tam, gdzie akurat byli Mat lub Perrin, prędzej czy później. Rand o którym wszyscy mówili, że pewnego dnia go poślubi. Rozmawiali, śmiejąc się i klepiąc po ramionach. Dlaczego chłopcy tak robią? Z ponurym spojrzeniem, cofnęła się i oparła o balustradę.

Jedna z owiec posapywała za jej plecami, ale ją zignorowała. Słyszała że niektóre kobiety rozmawiały o niej i o Randzie, ale nie wiedziała że robią to wszyscy. Przeklęta Elisa! Gdyby nie zaczęła wzdychać i jęczeć nad swoimi włosami, Egwene nigdy nie zaczęłaby myśleć o mężach. Spodziewała się, że któregoś dnia weźmie ślub – większość kobiet w Dwóch Rzekach tak robiła – ale ona nie była jak te wszystkie pustogłowe panny, które tylko tego wyczekiwały. Większość kobiet czekała przynajmniej kilka lat po tym jak już pozwolono im zapleść warkocz, a ona… Ona chciała zobaczyć te wszystkie kraje o których pisał Jain Farstrider. Co mąż miałby do powiedzenia na ten temat? O żonie wyjeżdżającej aby zwiedzać dalekie krainy? Nikt nigdy nie wyjeżdżał z Dwóch Rzek, z tego co wiedziała. ‘Ja tak zrobię’ obiecała sobie w milczeniu.

A nawet jeśli wyjdzie za mąż, to czy Rand będzie dobrym mężem? Nie była pewna co sprawia że mężczyzna jest dobrym mężem. Ktoś taki jak jej ojciec, odważny, życzliwy i mądry. Wydawało jej się że Rand jest uprzejmy. Kiedyś wyrzeźbił dla niej gwizdek i konia i podarował jej pióro orła o czarnej końcówce, kiedy powiedziała że jest ładne. Chociaż podejrzewała, że chciał je zachować dla siebie. Pilnował również owiec swojego ojca na pastwisku, więc musiał być odważny. Pies pasterski mógł pomóc, gdyby stado zostało zaatakowane przez wilki lub niedźwiedzia, ale chłopiec pilnujący stada, również musiał być na to przygotowany, ze swoją procą albo łukiem – jeśli był wystarczająco dorosły.

Tylko… widziała go za każdym razem, kiedy on i jego ojciec przyjeżdżali ze swojej farmy, ale tak naprawdę przecież go nie znała. Nie wiedziała o nim prawie nic. Teraz był dobry równie dobry moment by zacząć go poznawać, jak każdy inny. Rozluźniła się i ponownie wyjrzała za róg.

– Chciałbym zostać królem – mówił właśnie Rand – tym właśnie chciałbym być.

Wykonał szeroki zamach ręką i zaśmiał się aby pokazać że żartuje. Dobre sobie. Egwene skrzywiła się. Król! Uważnie przyjrzała się jego twarzy. Nie, nie był ładny. Cóż, może i był. A może to nie miało znaczenia. Ale chyba lepiej mieć męża na którego lubiłaby patrzeć. Miał niebieskie oczy. Nie, szare. Wydawały się zmieniać kolor, w zależności od światła. Nikt inny w Dwóch Rzekach nie miał niebieskich oczu. Czasami jego oczy były smutne. Jego matka umarła gdy był jeszcze mały i Egwene pomyślała, że może zazdrości innym chłopcom którzy mają matki. Ona sama nie mogła sobie wyobrazić utraty matki. Nawet nie chciała sobie wyobrażać.

– Owczy król! – Mat zarechotał. Był mniejszy niż pozostali i zawsze podskakiwał na palcach. Jedno spojrzenie na jego twarz i już wiedziałeś, że obmyśla jakąś psotę. Zawsze to robił. I zwykle mu się to udawało – Rand al’Thor, Król Owiec!

Lem zachichotał. Ban walnął go w ramię, a Lem mu oddał, potem obaj już się zaśmiewali. Egwene potrząsnęła głową.

– To lepsze niż opowiadanie, że chcesz uciec i nigdy nie pracować – powiedział łagodnie Rand. Nigdy nie wyglądał na rozgniewanego. Przynajmniej ona go takiego nie widziała.

– Jak mógłbyś żyć bez pracy, Mat? Owce nie są takie złe. – powiedział Elam, pocierając swój długi nos. Miał krótko ścięte włosy, z kosmykiem włosów z tyłu. Sam wyglądał trochę jak owca.

– Uratuję Aes Sedai, a ona mnie wynagrodzi – odpadł na to Mat – W każdym razie, nie chodzę dookoła rozglądając się za pracą, kiedy jest tyle ciekawych rzeczy do robienia.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu i poklepał Perrina po ramieniu. Perrin podrapał się po nosie, zakłopotany.

– Czasami musisz być rozsądny, Mat – powiedział powoli – Czasami musisz myśleć z wyprzedzeniem.

Perrin zawsze mówił powoli, wtedy gdy w ogóle mówił. I zawsze poruszał się ostrożnie, jakby obawiał się że mógłby coś połamać. Rand czasami mówił coś, zanim zdążył pomyśleć i zawsze wyglądał jakby był gotowy do biegu, nie zatrzymując się dopóki nie osiągnie horyzontu.

– ‘Rozsądek’ mówi mi, że ja będę pracować w młynie mojego ojca – westchnął Lem – Odziedziczę go pewnego dnia. Niezbyt szybko, mam nadzieję. Najpierw chciałbym przeżyć jakieś przygody, nieprawdaż Rand?

– Oczywiście – Rand roześmiał się – Ale gdzie znaleźć przygodę w Dwóch Rzekach?

– Musi być jakiś sposób – mruknął Ban – Może w górach jest złoto. Albo trolloki?

Nagle zabrzmiał tak, jakby jednak nie chciał wybierać się w góry. ‘Naprawdę wierzył w trolloki?’

– Chciałbym mieć więcej owiec, niż ktokolwiek inny w Dwóch Rzekach – dodał Elam ostrożnie. Mat przewrócił oczami z rozdrażnieniem. Dav który przysiadł na pietach i słuchał, mruknął cicho.

– Sam wyglądasz jak owca, Elam – przynajmniej nie powiedział tego głośno. Dav był wyższy od Mata i bardziej zwalisty, ale miał w oczach tą samą iskrę. Jego ubranie zawsze było poplamione z powodu czegoś czego nie powinien był robić – Słuchajcie, mam świetny pomysł.

– Ja mam lepszy – szybko wtrącił Mat – Dajcie spokój. Pokażę wam – Razem z Davem spiorunowali się wzrokiem. Elam, Ban i Lem wyglądali na gotowych ruszyć za każdym z nich lub za obydwoma, jeśli tylko dać im szanse. Rand jednak położył dłoń na ramieniu Mata.

– Poczekaj. Posłuchajmy cóż to za wspaniały pomysł, to po pierwsze. – Perrin pokiwał głową. Egwene westchnęła. Dav i Mat zdawali się konkurować miedzy sobą, który wpadnie w większe kłopoty. Rand mógł sprawiać wrażenie rozsądnego, ale kiedy był w wiosce, często wciągali go w swoje intrygi. A także Perrina. Pozostała trójka była gotowa wpadać we wszystko co tylko zasugerowali Mat lub Dav. Wydawało się że to już czas aby opuściła to towarzystwo. Nie mogłaby ich śledzić tak żeby tego nie zauważyli. I wolałaby umrzeć, niż pozwolić Randowi pomyśleć że ona go śledzi i obserwuje niczym jakaś gęś. I nawet niczego się nie nauczyła.

Kiedy wycofywała się wzdłuż zagrody, do miejsca gdzie zostawiła swoje wiadro, minął ją Dannil Lewin. Miał trzynaście lat, był jeszcze chudszy niż Rand i miał duży nos. Zawahała się, stojąc koło wiadra. Najpierw usłyszała ciche mruczenie. A potem…

– Burmistrz chce mnie widzieć? – wykrzyknął Mat – Nie może! Nic nie zrobiłem!

– On chce widzieć Was wszystkich. I to szybko – powiedział Dannil – Właśnie od niego wracam.

Egwene porwała wiadro i szybko ruszyła w stronę rzeki. Niedługo potem Rand wraz z pozostałymi minęli ją, śpiesząc w tym samym kierunku. Egwene uśmiechnęła się. Kiedy jej ojciec posyłał po kogoś, ten ktoś przybywał. Nawet Krąg Kobiet zdawał sobie sprawę, że Brandelwyn al’Vere nie był człowiekiem którego opłaca się ignorować. Egwene nie powinna tego wiedzieć, ale kiedyś podsłuchała Panią Luhhan i Panią Ayellin i kilka innych, jak rozmawiały z jej matką. O tym jaki jej ojciec jest uparty i jak ona sobie z nim radzi. Pozwoliła chłopcom trochę się wyprzedzić – tylko trochę – a potem przyśpieszyła, aby za nimi nadążyć.

– Nie rozumiem tego – narzekał Mat zbliżając się do mężczyzn – Czasami Burmistrz wie co robię, już w momencie jak to robię. Moja matka też ma taką zdolność. Tylko jak?

– Koło Kobiet prawdopodobnie mówi twojej matce – mruknął Dav – One widzą wszystko. A Burmistrz, no cóż, to Burmistrz.

Pozostali chłopcy zgodnie pokiwali głowami. Przed nimi Egwene dostrzegła swojego ojca. Pulchny mężczyzna, o przerzedzonych, siwych włosach. Koszulę podwinął nad łokcie, w zębach trzymał fajkę, a w ręce nożyce. W odległości dziesięciu kroków od zagrody, spoglądając w stronę chłopców, stała pani Cauthon, matka Mata, otoczona swoimi dwoma córkami, Bodewhin i Eldrin. Pani Cauthon była spokojną i cierpliwą kobietą, taką jaką powinna być posiadając takiego syna jak Mat. W tym momencie uśmiechała się z zadowoleniem. Bodewhin i Eldrin uśmiechały się niemal identycznie i patrzyły na Mata dwa razy intensywniej niż ich matka.

Bode nie była wystarczająco dorosła aby nosić wodę i jeszcze dwóch lat brakowało aby mogła to robić Eldrin. Rand i pozostali muszą być ślepi! Pomyślała Egwene. Każdy posiadający oczy, mógłby zobaczyć w jaki sposób pani Cauthon zawsze wie. Pani Cauthon wraz z córkami wślizgnęły się w tłum, gdy tylko chłopcy zbliżyli się do ojca Egwene. Żaden z chłopców ich nie zauważył. Nie odrywali oczu od jej ojca. Wszyscy spoglądali ostrożnie, a twarz Mata zdobił szeroki uśmiech, który od razu sprawiał że wyglądał na winnego. Ojciec Randa spojrzał na niego, pochylony nad owcą którą właśnie strzygł, wzrokiem który sprawił że Rand nagle zaczął wyglądać niczym czapla gotowa do lotu.

Egwene zaczęła proponować wodę mężczyznom w otoczeniu ojca, wszyscy byli z Rady Wioski. Cóż, pan Cole uciął sobie drzemkę, oparty o wielki kamień. Był tak stary jak Wiedząca, może nawet starszy, miał jeszcze wszystkie włosy, chociaż białe jak śnieg. Pozostali strzygli owce, wełna odpadała z owiec niczym białe płótno. Pan Buie, strzecharz, pokrzywiony, ale żwawy, mruczał coś pod nosem podczas pracy. Strzygł jedną owcę w czasie gdy innym udawało się obciąć dwie. Wszyscy zdawali się pogrążeni w pracy. Po ostrzyżeniu owca była wypuszczana i przejmowana przez czekających chłopców, a następna była podprowadzana do cięcia. Egwene zbliżyła się powoli, ona naprawdę nie leniuchowała, po prostu chciała wiedzieć co się stanie.

Jej ojciec przez dłuższą chwilę przypatrywał się chłopcom, potem zacisnął wargi i powiedział

– Cóż, chłopcy, wiem że ciężko pracujecie – Mat rzucił Randowi zdziwione spojrzenie, a Perrin niepewnie wzruszył ramionami. Rand po prostu w wahaniem skinął głową – Więc pomyślałem, że to czas na historię którą Was obiecałem – zakończył ojciec.

Egwene uśmiechnęła się. Ojciec opowiadał najlepsze historie. Mat się wyprostował.

– Chcę historię z przygodami – spojrzenie które rzucił w stronę Randa było wyzywające.

– Chcę Aes Sedai i Strażników – pośpiesznie dodał Dav.

– Chcę o trollokach – dodał Mat – i.. i.. i o fałszywym smoku

Dav otworzył szeroko usta i zamknął je, nic już nie dodając. Zerkał jednak na Mata. Nie było sposobu aby przebić fałszywego smoka i on o tym wiedział. Ojciec Egwene zachichotał.

– Nie jestem bardem, chłopcy. Nie znam żadnych takich opowieści. Tam? Może ty chciałbyś spróbować?

Egwene zamrugała. Dlaczego ojciec Randa miałby znać historie, których nie zna jej ojciec? Pan al’Thor został wybrany do Rady Wioski, aby prowadzić rozmowy z farmerami z okolic Pola Emonda, ale jak dotąd jedynie hodował owce i wytwarzał tytoń, jak każdy inny. Pan al’Thor wyglądał na zakłopotanego, a Egwene miała nadzieję że jednak nie zna takich opowieści. Nie chciała, aby ktokolwiek bym w czymś lepszy od jej ojca. Oczywiście, lubiła ojca Randa, więc również nie chciała aby czuł się zażenowany. Był silnym mężczyzną, z pasemkami siwizny w swoich ciemnych włosach, spokojny, prawie wszyscy go lubili. Pan al’Thor skończył strzyc owcę, a gdy dostał następną, wymienił uśmiech z Randem.

– Będzie tak – powiedział – znam opowieść o czymś takim. Opowiem Wam o prawdziwym Smoku, nie o fałszywym.

Pan Buie wyprostował się gwałtownie nad swoją na wpół ostrzyżoną owcą tak szybko, że ta prawie uciekła. Zmrużył oczy, mimo tego że one zawsze tak wyglądały.

– Nic z tych rzeczy, Tamie al’Thor – warknął zgryźliwym głosem – Takie historie nie nadają się dla przyzwoitych uszu.

– Spokojnie, Cenn – rzekł spokojnie ojciec Egwene – To tylko opowieść – Spojrzał jednak w stronę ojca Randa, jakby sam nie był pewny co usłyszy.

– Niektóre opowieści nie powinny być opowiadane – upierał się pan Buie – niektóre historie nie powinny być poznane. To nie jest przyzwoite, powtarzam. Nie podoba mi się to. Jeśli chcą słuchać o wojnach, opowiedzcie im coś z Wojny Stu Lat, albo z czasów Wojen z Trollokami. To będzie o Aes Sedai i trollokach, skoro już musisz o tym opowiadać. Albo opowiedz o Wojnie z Aiel – Egwene przez moment wydawało się, że przez twarz pana al’Thora przemknął cień. Przez moment wyglądał na zimnego jak stal. Przy nim straż kupiecka wyglądała na miękkich. Wiele dziwnych rzeczy sobie dzisiaj wyobrażała. Zazwyczaj nie pozwalała sobie na takie rzeczy.

Oczy pana Cole otworzyły się niespodziewanie.

– To będzie tylko opowieść, Cenn. Tylko opowieść, człowieku – jego oczy ponownie się zamknęły. Nigdy nie było wiadomo kiedy stary Cole naprawdę spał.

– Nigdy nie usłyszałeś, nie powąchałeś ani nie zobaczyłeś niczego czego nie chciałeś, Cenn? – zapytał pan al’Dai. Był dziadkiem Billego, chudym mężczyzną od białych włosach i niemalże tak starym jak pan Cole, o ile nie starszym. Przez większość czasu musiał chodzić z laską, jednak oczy pozostały czyste i bystre, podobnie jak jego umysł. Strzygł owce niemalże równie szybko co pan al’Thor.

– Moja rada dla Ciebie, Cenn, przeżuj swoją wątrobę w ciszy i daj Tamowi mówić – pan Buie zapadł się w sobie i mrucząc coś pod nosem powrócił do swojej owcy. Egwene z zaskoczeniem potrząsnęła głową. Często słyszała jak pan Buie przechwala się jaki jest ważny w Radzie Wioski i że wszyscy zawsze go słuchają. Chłopcy zbliżyli się do pana al’Thora i przyklęknęli na piętach wokół niego. Jakakolwiek historia wywołała w Radzie takie poruszenie, musiała być ciekawa.

Pan al’Thor nadal strzygł owcę, ale już wolniej. Nie chciał ryzykować cięcia, gdy jego uwaga była rozproszona.

– To tylko opowieść – powiedział, ignorując spojrzenie pana Buie – bo nikt tak naprawdę nie wie co się stało. Ale to wydarzyło się naprawdę. Słyszeliście o Wieku Legend? – niektórzy chłopcy pokiwali niepewnie głowami. Egwene skinęła głową. Nieraz słyszała jak dorośli mawiają ‘może w Wieku Legend’, wtedy gdy nie wierzyli że coś mogło się wydarzyć, albo wątpili że coś może zostać zrobione. Inne powiedzenie mówiło ‘kiedy świnie zaczną latać’. Przynajmniej tak jej się wydawało.

– Trzy tysiące lat temu, a może jeszcze dawniej – kontynuował ojciec Randa – istniały wielkie miasta, o budynkach wyższych niż sama Biała Wieża, a ona jest wysoka niemalże jak góra. Maszyny, wykorzystujące Jedyną Moc, sprawiały że ludzie podróżowali szybciej niż koń galopuje, niektórzy mówią, że niektóre maszyny przenosiły ludzi powietrzem. W każdym razie, nie istniały choroby, głód ani wojny. A potem Czarny dotknął świata – chłopcy podskoczyli, a Elam naprawdę się przewrócił. Podniósł się czerwony na twarzy, próbując udawać, że wcale się nie wywrócił. Egwene wciągnęła oddech. Czarny. Może to dlatego, że myślała o nim wcześniej, ale teraz wydawał się jej szczególnie przerażający. Miała nadzieję, że pan al’Thor nie nazwie go pełnym imieniem. Nie wzywałby imienia Czarnego, pomyślała, ale nie mogła przestać się bać, że jednak mógł to zrobić. Pan al’Thor uśmiechnął się do chłopców, aby złagodzić przekaz, ale kontynuował.

– Wiek Legend nie pamiętał wojny, ale powiadają, że kiedy Czarny dotknął świata, szybko się tego nauczyli. To nie była taka wojna, o których słyszymy, kiedy przyjeżdżają kupcy po wełnę i tytoń, taką między dwoma narodami. Ta wojna objęła cały świat. Nazywali ją Wojną z Cieniem. Ci którzy stanęli po stronie Światłości, musieli mierzyć się z tymi którzy stanęli po stronie Cienia. Poza Sprzymierzeńcami Ciemności, istniały armie Myrddraali i trolloków, większe niż wszystko co wypluł z siebie Ugór podczas Wojen z Trollokami. Aes Sedai też przechodzili na stronę Cienia. Nazywano ich Przeklętymi.

Egwene zadrżała i ucieszyła się, że niektórzy chłopcy również obejmują się ramionami. Matki straszyły dzieci Przeklętymi, kiedy te nie chciały iść spać. ‘Jeśli będziesz kłamać, Semirhage przyjdzie i Cię porwie’, ‘Lanfear czycha na dzieci które kradną’. Egwene była szczęśliwa, że jej matka tego nie robiła. Zaraz. Przeklęci byli Aes Sedai? Miała nadzieję, że pan al’Thor wie co mówi, albo że Koło Kobiet go nie wezwie na rozmowę. W każdym razie, niektórzy Przeklęci byli mężczyznami, więc musiał się mylić.

– Wiem że spodziewacie się usłyszeć o chwalebnych bitwach, ale tak się nie stanie – przez chwilę jego głos zabrzmiał ponuro, ale tylko przez chwilę – Nikt nic nie wie o tych bitwach, poza tym że były ogromne. Może Aes Sedai mają jakieś dokumenty, ale nawet jeśli, to nie pozwalają ich oglądać nikomu postronnemu. Słyszeliście o wielkich bitwach podczas panowania Artura Hawkwinga i podczas Wojny Stu Lat? Tysiące ludzi po obu stronach? – gniew wkradł się do jego głosu. Egwene też go poczuła. Wszyscy Ci mężczyźni próbujący się pozabijać nawzajem, nie ekscytowała się tym tak jak chłopcy.

– Cóż – kontynuował pan al’Thor – te bitwy uznane by były za niewielkie podczas Wojny z Cieniem. Całe miasta zostały zniszczone, zrównane z ziemią. Wiejskie tereny, poza miastami, również zostały zniszczone. Tam gdzie kończyła się bitwa, pozostawały jedynie ruiny i zgliszcza. Wojna ciągnęła się latami, na całym świecie. I Cień zaczął powoli zwyciężać. Siły Światłości były spychane, aż wydawało się że Cień podbił już wszystko. Nadzieja znikała jak mgła w słońcu. Jednak Światłość miała przywódcę który nigdy się nie poddawał, ludzie nazywali go Lewsem Therinem Telamonem. Smokiem.

Jeden z chłopców sapnął zaskoczony. Egwene zbyt mocno wytrzeszczała oczy, żeby zauważyć który to był. Zapomniała nawet udawać, że roznosi wodę. Smok był człowiekiem, który zniszczył wszystko! Nie wiedziała dużo o Pęknięciu Świata – cóż, prawie nic, tak naprawdę – ale o tym wiedzieli wszyscy. Z pewnością walczył po stronie Cienia!

– Lews Therin zebrał wokół siebie ludzi, Stu Towarzyszy, i małą armię. Małą tylko w tym rozumieniu, jak oni to postrzegali. Dziesięć tysięcy ludzi. To nie jest mała armia, powiedzielibyście? – słowa wydawały się zaproszeniem do śmiechu, ale nie było go w głosie pana al’Thora. Jego głos brzmiał niemalże jakby tam był. Egwene z pewnością nie było do śmiechu, chłopcom również. Słuchała i starała się pamiętać o oddychaniu.

– Ze straconą nadzieją, Lews Therin zaatakował dolinę Thakan’dar, samo serce Cienia. A setki tysięcy trolloków zaatakowało ich. Trolloków i Myrddraali. Trolloki żyją aby zabijać. Trollok może rozedrzeć człowieka na kawałki gołymi łapami. Myrddraale są śmiercią. Aes Sedai walczące po stronie Cienia spuściły ogień i błyskawice na Lewsa Therina i jego ludzi. Ludzie którzy podążyli za Smokiem nie umierali jeden po drugim. Umierali po dziesięciu, po dwudziestu, po pięćdziesięciu na raz. Pod wijącym się niebem, w miejscu gdzie nic nigdy nie mogło wyrosnąć, walczyli i umierali. Ale nie wycofali się, ani nie poddali. Przez całą drogę do Shayol Ghul walczyli, a jeśli Thakan’dar jest sercem Cienia, to Shayol Ghul jest sercem serca.

– Każdy człowiek w tej armii umarł, a także większość ze Stu Towarzyszy, ale właśnie tam, w Shayol Ghul, Smokowi udało im się zamknąć Czarnego za Pieczęciami. W więzieniu, które stworzył Stwórca. Został uwięziony wraz ze wszystkimi Przeklętymi. I świat został ocalony przed Czarnym – zapadła głucha cisza. Chłopcy wpatrywali się w pana al’Thora z szeroko otwartymi oczami. Ich oczy lśniły, jakby widzieli to wszystko naprawdę, trolloki, myrddraale i Shayol Ghul. Egwene zadrżała. ‘Czarny i wszyscy Przeklęci zostali uwięzieni w Shayol Ghul, uwięzieni daleko od świata ludzi’ – recytowała w myślach. Nie mogła sobie przypomnieć reszty, ale to pomogło. Tylko, skoro Smok ocalił świat, to w jaki sposób go zniszczył?

Cenn Buie splunął. Splunął! Jak jakiś cuchnący strażnik kupiecki! Nie sądziła aby ponownie była w stanie mówić o nim Pan Buie. To oczywiście wybudziło chłopców z ich zadumy. Starali się patrzeć wszędzie, byle nie na sękatego mężczyznę. Perrin podrapał się po głowie.

– Panie al’Thor – powiedział cicho – co oznacza słowo ‘Smok’? Chodzi mi o to… gdy ktoś mówi Lew, spodziewa się że to jest lew. Ale co to jest smok? – Egwene gapiła się na niego. Nigdy się nad tym nie zastanawiała. Może Perrin wcale nie był taki wolny na umyśle, jak jej się wydawało.

– Nie wiem – odparł po prostu ojciec Randa – nie sądzę, aby ktokolwiek to wiedział. Może nawet Aes Sedai tego nie wiedzą.

Wypuścił swoją już ostrzyżoną owcę i poprosił o następną. Egwene zdała sobie sprawę, że skończył już jakiś czas temu, ale nie chciał przerywać swojej historii. Pan Cole otworzył oczy i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Smok. To z pewnością brzmi dziko, nieprawdaż? – powiedział zanim ponownie zamknął oczy.

– Przypuszczam że tak – powiedział jej ojciec – ale to zdarzyło się dawno i daleko stąd. I nie ma nic wspólnego z nami. Cóż, mieliście swoją przerwę i swoją historię, chłopcy. Teraz czas na powrót do pracy.

Kiedy chłopcy zaczęli się niechętnie podnosić, dodał.

– Jest wielu chłopców w farm, których jeszcze nie znacie. Zawsze dobrze znać swoich sąsiadów, więc powinniście się z nimi zapoznać. Nie chcę abyście dzisiaj pracowali razem, wy dobrze się już znacie. Teraz, rozejdźcie się.

Chłopcy wymienili zaskoczone spojrzenia. Czy naprawdę myśleli, że pozwoli im wrócić do tego co planowali? Mat i Dav wyglądali szczególnie ponuro, gdy odchodzili wymieniając się spojrzeniami. Pomyślała, żeby za nimi pójść, ale już się rozdzielili i będzie musiała iść za Randem, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Skrzywiła się. Gdyby ją zauważył, mógłby pomyśleć że ma gęsi mózg niczym Cilia Cole. Poza tym, były jeszcze dalekie krainy. Zamierzała je zobaczyć.

Nagle zdała sobie sprawę z obecności kruków, wiele więcej niż poprzednio, wylatywały spomiędzy drzew, lecąc na zachód, w kierunku Gór Mgły. Potarła ramiona. Czuła się jakby ktoś wpatrywał się w jej plecy. Ktoś, lub … . Nie chciała się odwracać, ale zrobiła to, kierując wzrok na drzewa za mężczyznami strzygącymi owce. W połowie wysokiej sosny, na gałęzi siedział samotny kruk. Patrzył na nią. Prosto na nią. Poczuła chłód, głęboko w swoim wnętrzu. Jedyne co miała ochotę zrobić, to uciec. Zamiast tego, postarała się skopiować ‘to’ spojrzenie Nynaeve.

Po chwili kruk głośno zakrakał i poderwał się do lotu, czarne skrzydła poniosły go na zachód, za pozostałymi krukami. Może zaczynam już odpowiednio używać tego spojrzenia, pomyślała i poczuła się głupio. Musiała przestać pozwalać swojej wyobraźni na takie rzeczy. To był tylko ptak. A ona miała ważne rzeczy do zrobienia, na przykład jak stać się najlepszym noszącym wodę w historii. Najlepszy roznosiciel wody nigdy nie wystraszył by się ptaków czy czegokolwiek innego. Unosząc raźno ramiona, ponownie zagłębiła się w tłum, szukając wzrokiem Berowyn. Tym razem jednak, miała jej do zaoferowania chochlę wody. Jeśli potrafiła stawić czoła krukowi, to mogła sprostać i swojej siostrze. Taką miała nadzieję.

Kolejnego roku Egwene znowu musiała nosić wodę, co było wielkim rozczarowaniem, jednak ponownie starała się być najlepsza. ‘Jeśli już musisz coś robić, rób to najlepiej jak potrafisz’. Musiało podziałać, ponieważ kolejnego roku pozwolono jej już pomagać przy jedzeniu. Cały rok wcześniej. Postawiła więc przed sobą kolejny cel: sprawić, aby pozwolono jej zapleść warkocz wcześniej niż komukolwiek innemu. Naprawdę nie sądziła aby Krąg Kobiet wydał na to pozwolenie, ale był to cel do którego warto było dążyć.

Nie chciała już słuchać opowiadań dorosłych, chociaż mogłaby posłuchać prawdziwego barda. Jednak wciąż… lubiła czytać książki o dalekich krainach, dziwnych ścieżkach i marzyła aby je zobaczyć. Chłopcy też już nie chcieli więcej słuchać historii. Nie sądziła jednak aby dużo czytali. Wszyscy dorastali, sądząc że ich świat nigdy się nie zmieni. Wiele opowieści wyblakło i zatarło się w ich pamięci, o innych zupełnie zapomnieli. A gdyby tak dowiedzieli się, że niektóre z tych opowieści wydarzyły się naprawdę? Cóż… Wojna z Cieniem? Pęknięcie Świata? Lews Therin Telemon? Jakie to mogło mieć teraz znaczenie? A co jeśli to wszystko wydarzy się ponownie?


Tłumaczenie i opracowanie: Amyrlin

Do góry ^

Kruki
Średnia 5 (100%) | Liczba głosów: 1